poniedziałek, 30 grudnia 2013

I Believe, I Can Fly. Rozdział 12.

*Perspektywa Patrycji.*
Obudziłam się w nocy. Wykorzystałam ten czas i rozmyślałam o moim życionku (życiu). Jak się rozjaśniło ubrałam się w to:
Poszłam zjeść. Następnie grałam w Playstation 4. Grę przeszkodził mi dzwonek do drzwi. Ugh. W nich stali bracia S. Salvatore wparowali do mojego domu jak by tu mieszkali.
-Mamy problem bo jednak dobrze znasz się z Horankiem. -Kevin.
-Normalnie byśmy musieli ciebie zamordować. Ale... -Hubert.
-Ale?? -Ja.
-Bój braciszek ciebie polubił i postanowił, że ciebie nie zabijemy. Najwyżej... -K. zatrzymał się w zdaniu.
-Najwyżej co?? -J.
-Najwyżej będziesz skazana na 2 tygodnie z naszym towarzystwem. -H.
-Nie może być aż tak źle.-Uśmiechnęłam się do Hupcia.
-Heloł ja tu jestem! -Kev.
-Dobra, dobra ja idę do sklepu.
Chłopaki ruszyli za mną. Zaczęłam się śmiać.
-Może jeszcze do kibla będziecie mnie odprowadzać?!
-Jak będzie trzeba. -K.
Odwróciłam się piorunując go wzrokiem. Za co Hubercik zaczął się śmiać.
*Parę minut później, w sklepie.*
Stałam przy owocach i wybierałam jabłka^. Podszedł do mnie Harry?? Yyy...
-Hejoł, mamy mały problem z blondynem. Nie wiesz nic o tym?! -Normalnie czułam jak robię się blada.
-Tak i nie. Co się stało?
-Po pierwsze w ogóle się nie odzywa do nas i po drugie nie wychodzi z pokoju.
-Czyli mam iść do was i pogadać z nim?! Aha...
-Proszęęę... Bo chłopaki mnie zakneblują.
-Dobra już id...
-Kotku nie mamy czasu. -Za mnie (za pleców) wyszedł Kevin. Harry lekko odsunął się ode mnie i pytająco patrzył mi w oczy.
-Mówiliśmy, że łatwo nie będzie. -Hubert wyszeptał mi na ucho. Harry odsunął się ode mnie i krzyknął.
-CZEŚĆ PATRYCJA. -Chłopaki piorunowali go wzrokiem.
-Cześć. - Skąd on znał moje imię?! Niall?!
-Bież to bo zaraz przyleci z kolegami. -Kev.
Wzięłam wszystkie rzeczy i poszliśmy do kasy. Wyszliśmy ze sklepu bocznym wejściem. Bo frontowymi wszedł Niall ooo nagle nic mu nie jest! Nie ważnie, a więc wszedł Niall, Li i Zayn. Chłopak chyba się spodziewali, że Bracia się trochę zestrachają bo przed bocznymi drzwiami stał Harry z Lou. Kevin z Hubertem założyli kaptury. Harry mnie jednak zauważył. Szedł z kumplem już w moją stromę. Ze sklepu wychodziło dość duży tłumek. Co ich trochę spowolniło Kev zdjął swoją kurtkę i założył na mnie i kaptur, który był przy niej (on miał bluzę z kapturem, który miał na głowie). Straciłam Harego i Louisa z oczu. Pewnie oni też. Rodzeństwo przeszło spokojnie koło tłumu. Kevin mnie prowadził, a Hubert oglądał sytuacje i asekurował mnie od tyłu. To mnie trochę krępowało przyznaje. Jeszcze zanim znikliśmy za rogiem widziałam chłopaków, którzy rozglądają się za mną.
*Perspektywa Harrego, Po odejściu.*
"Cholera! Co ona robiła z Salvatore!" takie myśli zaśmiecały mi głowę. "Przynajmniej jej nic nie zrobili i raczej nie mają takiego zamiaru. W końcu by ją już zabili." I tego rodzaju myśli opanowywały mój mózg. Gdy już dobiegłem do domu przeciąłem jak przecinak po schodach do pokoju Horana. KURW*A!!! Będzie mi tu drzwi zamykał! Chłopaki stali obok mnie (ta 3 domowników) POMÓC TO ŁASKA!!! Gówno drzwi Horanka się rozwalił tak same. Dziwne czyż nie?! Wpadły na moją nogę. Blondyn leżał na łózko jak gdyby nigdy nic.
-Będziesz to sprzątał.
-W dupie to mam! Spotkałem Partycje w sklepie, -Lekko się tuszył.- ale nie była sama!
-Dzięki, że jeszcze bardziej mnie dołujesz!
-Nie ma za co. Zresztą nie ważne bo była z...
-Dobra rozumiem.
-Ale co?! Mogę powiedzieć!
-NO!
-Była z Braćmi Salvatore!
-CO?! To ty kurw*a tu jeszcze stoisz trzeba było od razu!-(Horanek).
-A co ja robię!
Z chłopakami wyprułem do tego sklepu gdzie ich spotkałem. Rozdzieliliśmy się na wrazie czego. Dobrze, że to zrobiliśmy bo przy drugim wejściu/wyjściu zobaczyłem ją, ich. Ruszyłem w tamtym kierunku. Nagle nie wiadomo z kąt pojawił się mały tłum ludzi ze sklepu. W tedy zgubiłem ją. Razem z Lou oglądałem się za nią, ale nigdzie jej nie było! Ze sklepu wyszli chłopaki.
-Nigdzie ich nie ma. Harry mam dość twoich żartów! -Niall się teraz wkurzył.
-JA NIE KŁAMAŁEM!!!
-On mówi prawdę widziałem ją. -Lou.
-Z ziemi wyrósł wielki tłum ludzi i zniknęła z nimi. Nienawidzę Salvatore.
Wróciliśmy do domu kwurwien*i to znaczy źli, bardzo źli. Wszyscy siedzieli na sofie. Zawiodłem ją i ich lecz sam bym sobie nie poradził, ale chociaż mogłem spróbować! Zamknąłem drzwi i rzuciłem się na łóżko. Widziałem w jej oczach minimalny strach. Mogłem się skapnąć i ją zabrać. Moja wina, że ją zabrali!
*Perspektywa Patrycji, W tym czasie.*
Chłopaki powiedzieli, że nie mogę iść do domu. A więc poszliśmy do jakiegoś domu szczelam, że ich:
Zrobiłam kolację bo jakoś nie miałam ochoty na chińszczyznę. Hubert zaprowadził mnie do "mojego" pokoju. Chłopak przyniósł mi jeszcze ubrania. Umyłam się i poszłam spać.


________________________________
/Paro
^Szczerze jabłka jakoś dziwnie się to pisze no ale.

1 komentarz: